Wraz z zakończeniem semestru kończą się niektóre przedmioty na studiach. Wiele osób cieszy się, bo w końcu będą mogli zapomnieć o zajęciach, które doprowadzały ich do szaleństwa. Również ja należę do tego grona, ponieważ od dłuższego czasu odliczałem liczbę pozostających zajęć z języka angielskiego. Od razu zaznaczam, że bardzo lubię ten język, nigdy nie miałem z nim większych problemów i oceniam swoją wiedzę na poziomie dobrym (w CV na zaawansowanym 😀 ). Jednak zdobyte umiejętności zawdzięczam głównie sobie – od gimnazjum zajęcia były prowadzone w fatalny sposób, więc uczyłem się na własną rękę (tutaj sprawdzisz moje techniki na naukę tego języka).

 

Już kiedyś podkreślałem, że system nauczania języków obcych w Polskich szkołach jest anachroniczny. Delikatnie mówiąc nauka nie należy do najciekawszych, a w dodatku część nauczycieli pogarsza ten stan rzeczy i nastawienie uczniów. Na studiach sytuacja raczej się nie zmienia – należy obowiązkowo uczęszczać na określoną ilość zajęć oraz uzyskać zaliczenie ćwiczeń. W sumie mogłoby się wydawać, że to nic nowego i nie ma sensu roztrząsać tematu. Jednak według mnie jest to wskazane.

 

Zacznijmy może od pozytywnej strony, czyli od tego, że na niektórych kierunkach/uczelniach języki obce nieco różnią się od tego co było w szkole średniej. Warto podkreślić, że występujące zmiany są raczej na plus niż na minus. Już sama nazwa przedmiotów może brzmieć bardziej dumnie jak na przykład Business English lub Legal English. Co więcej, samo przygotowanie materiału pod kątem wybranego kierunku studiów można uznać za kolejną zaletę (choć niezbyt częstą). Sprawa ma się jeszcze lepiej, gdy egzamin końcowy potwierdza wiedzę z danego języka, co później możemy uwzględnić w CV i zaimponować potencjalnemu pracodawcy. A jeśli ćwiczenia pokrywają się z kursami oferowanymi na uczelni za opłatą to można śmiało powiedzieć, że wygraliśmy w życie.

 

Trzeba otwarcie powiedzieć, że powyższy scenariusz jest niesamowicie optymistyczny i mało prawdopodobny. Za wyjątkiem pierwszej zalety (czyli profesjonalnego nazewnictwa), ciężko zauważyć jakiekolwiek zmiany. Na studia idziemy po to, aby uczyć się praktycznych rzeczy, a naukę języków obcych nie możemy zaliczyć do tego grona. Mało tego – część studentów twierdzi, że zajęcia ich uwsteczniły lub w ich czasie nauczyli się jedynie kilku słówek. Nie ma w tym żadnej efektywności pracy, a sytuacja jeszcze gorzej wygląda u osób będących są na poziomie początkującym. Wówczas niektórzy przechodzą prawdziwe męczarnie ucząc się kolejny rok języka, którego nie lubią nienawidzą (klasyka przy języku niemieckim).

 

Oprócz tego, należy pamiętać jak wielkie problemy mogą sprawić te przedmioty. Nie dość, że czasami nieobecność na określonej liczbie zajęć (której nie można usprawiedliwiać) powoduje brak zaliczenia, a w konsekwencji warunek (czyli koszty) to jeszcze zajęcia wypadają w terminach niszczących nasze plany (np. w piątek o 8 rano). Ponadto, jeśli lektor będzie uparty, to zamiast kserować materiały będziecie zmuszeni do kupna dość drogich książek, co powoduje kolejny koszt. Zaś według mnie, totalnie nieracjonalny jest taki stan rzeczy, w którym liczba godzin z lektoratu jest większa niż liczba zajęć z przedmiotów specjalizacyjnych (co niestety jest dość powszechne).

 

Moim zdaniem, języki obce na studiach są bardzo nieefektywne, przez co uważam ich obecność za zbędną. Jeszcze w szkole średniej potrafiłem zrozumieć ich sens, bo przecież stanowiły część rekrutacji na wybrane kierunki. Jednak na wyższym stopniu są bezużyteczne i demotywujące. Nie dziwie się, gdy praktycznie wszyscy moi znajomi mają podobne podejście. Co więcej, widząc nastawienie pozostałych uczniów w czasie tych zajęć, jedyną rzeczą o której myśli student jest pytanie – PO CO? Rozumiem, że w ten sposób są tworzone miejsca pracy dla tysięcy osób oraz rozumiem, że ma to nas lepiej przygotować na rynku pracy. Aczkolwiek, jeśli efektywność takich zajęć jest praktycznie zerowa to jaki jest ich sens? Myślę, że takie zajęcia powinny być zastąpione przedmiotami specjalizacyjnymi, aby później uniknąć powszechnej paniki o tym, że studia były bezwartościowe i nie damy sobie rady na rynku pracy.

 

Owszem, są studenci, dla których takie zajęcia są bardzo ważne, więc może lepszym rozwiązaniem byłaby możliwość udostępnienia bezpłatnych kursów z języka pod kątem specjalizacji? Wtedy nie dość, że podejście uczniów byłoby o wiele lepsze to jeszcze nauczyciele chcieliby przekazywać bardziej rozbudowaną wiedzę, która nie ogranicza się do pisania referatów.

 

Pomimo tego, że już mam z głowy angielski to i tak nie jestem usatysfakcjonowany. Czeka mnie jeszcze jeden semestr z języka niemieckiego, gdzie będę po raz 47329847239 powtarzał słówka typu das Museum lub das Kino. Już nie mogę się doczekać !

 

Pamiętajcie jednak, że jest to moja bardzo subiektywna opinia. Jestem ciekawy, jakie jest Wasze podejście do języków obcych na studiach, także zachęcam do komentowania wpisu. 😉

 

Jeśli podobał Ci się wpis, to proszę polub mój fanpage, aby być na bieżąco z kolejnymi wpisami.

 

Pozdrawiam.

Facebook